Nakarmiłam mojego "Purkacza Pospolitego", położyłam spać, więc mam chwilę na skrobnięcie obiecanego posta :) Zaczynam zatem ;)
Cała akcja "narodziny Kubusia" zaczęła się w nocy z wtorku na środę (z 6 na 7 listopada). Nigdy nie miałam problemów ze spaniem, natomiast owej nocy nijak nie mogłam zasnąć. K. już dawno "w innym świecie", a ja ni chu chu. Żeby mnie jakoś spanie "wzięło" dorwałam więc książkę i zatopiłam się w lekturze, aż w końcu o 2 w nocy ku mojej uciesze zachciało mi się spać. Wyczułam gdzie Młody ma nóżki i ułożyłam się na boku tak, żeby obojgu nam było wygodnie- ale niestety na nic się zdało to "moszczenie", bo dokładnie o 3.15 obudziło mnie COŚ :D Na początku myślałam, że to po prostu śluz w dużych ilościach, który towarzyszy już od początku ciąży, wstałam więc z zamiarem zmiany wkładki, ale nieeeee ;) Tego było sporo, za dużo jak na śluz, bo zmoczyło mi i wkładkę i majtki, a nawet spodenki, w których spałam. Z drugiej strony tyle nasłuchałam się o "sikających" wodach płodowych, że już zbaraniałam. Dodam też, że żadnych bóli i skurczy nie czułam. Obudziłam K. i zaczęliśmy dumać co tu robić :) Ale po kilkunastu minutach od wypływu nastąpił drugi, więc zdecydowaliśmy się jechać na Izbę Przyjęć, żeby to skontrolowali, ja już nie miałam wątpliwości, że to jednak mi wody odeszły i co kilkanaście minut mi wypływają. Ale jeszcze na spokojnie poszłam się umyć, wydepilować, dopakowałam torbę, K. wypił kawę i o 4 nad ranem ruszyliśmy w 40 km trasę do szpitala, ja spokojna, K.poddenerwowany, a zarazem zadowolony, że zdarzyło się to w nocy a nie kilka godzin później jak on by był w pracy. O 5 zjawiliśmy się na Izbie Przyjęć, formalności, podpisywanie wszelkich upoważnień i to co "lubię" najbardziej, czyli kogo powiadomić w razie śmierci :P Później przeszliśmy na porodówkę, a dokładniej do sali oczekiwań, która nam się należała, K. przebrał się w fartuch jak z filmów medycznych amerykańskich i czekaliśmy cierpliwie. Zbadał mnie lekarz, który orzekł, że faktycznie to są wody płodowe i mamy 12 godzin na zakończenie ciąży, z wiadomych względów u mnie przez CC :) KTG nie wykazało żadnych skurczy, a mnie oczywiście nic nie bolało, więc nawet byłam skora do żartów z personelem szpitala :D Jak się lekarz zapytał o której ostatnio jadłam, a ja odpowiedziałam że o 23 to zapytał dlaczego tak późno. Na co ja, że czekałam na męża, a że jesteśmy dopiero 2 lata po ślubie to jeszcze mi się chciało czekać, żeby zjeść z nim wspólny posiłek ;P I przypłaciłam to lewatywą :D Nie było tak źle, zwykła rureczka z jakimś bezbarwnym płynem włożona do odbytu, potem uczucie jakby to był ból biegunkowy, a później że tak się wyrażę chamsko"wydarło ze mnie wszystko", a kac kupa to przy tym nic :P :D Po wszystkim założenie wenflonu i dostałam w żyłę ze dwie kroplówki, po czym zostałam poinformowana, że o 7 będzie moja Pani Doktor więc kilka minut po będę cięta :) W międzyczasie porozmawiałam sobie i pośmiałam z anestezjologiem, wytłumaczył mi jak będzie działać znieczulenie i takie tam rzeczy różne. I czekałam, czekałam, czekałam słuchając rodzących w sąsiadujących salach kobiet. Jak słyszałam to wszystko to cieszyłam się, że będę miała cesarkę, bo te wrzaski przypominały zarzynanie świnki. W rezultacie czekałam tak do 11 godziny, bo okazało się, że dwie lub trzy drące się wniebogłosy kobiety same nie dadzą rady urodzić i tętna ich dzieci zaczęły spadać, więc ja jako nie naglący przypadek musiałam ich przepuścić "w kolejce":) W końcu parę minut po 11 zaproszono mnie do sali. Później poszło już szybko: znieczulenie, czyli dwie panie z czego jedna trzymała mnie za głowę, a druga kazała zrobić "koci grzbiet" i wbiła mi umiejętnie igłę w kręgosłup, założenie cewnika i sam zabieg. Po znieczuleniu poczułam rozchodzące się po ciele ciepło i drętwienie nóg, szybko kazano mi położyć się na stół, po czym Pani Doktor zaczęła szczypać mnie po brzuchu (CHYBA!:P) i pytała co czuję, a jak nie potrafiłam określić to posmarowano mi brzuchol czymś pomarańczowym i zaczęło się cięcie. Samo wyciągnięcie dziecka sprawiło lekarzom trudność, bo Młody był odwrócony pośladkami, a jak wiadomo wyciąga się dziecko z brzucha za szyję, bo bioderka są wrażliwe i można mu krzywdę zrobić.Dlatego szarpano mną na wszystkie strony i teraz po czasie stwierdzam, że obito mi żebro, bo dosyć długo go czułam :) W końcu pojawił się ON, a pierwsze co mi Pani Doktor pokazała to pupę i jąderka, na potwierdzenie, że to 100% SYN :D Śmialiśmy się wcześniej, że mam zachcianki na słodkie to może być niespodzianka, ale nieeeee ;P Dano mi go do ucałowania i zaniesiono do sali obok, gdzie ładnie ubrany i zniecierpliwiony już świeżo upieczony tatuś mógł zobaczyć przez szybę jak go myją i robią tam różne czynności koło niego ;) W czasie, gdy tatuś przeżywał chwile szczęścia, ja na tym stole poczułam, że chyba mam zawał albo coś mi się dzieje ( z racji ciśnienia),bo nagle zaczęło mi kołatać serce i to tak szybko jakbym miała zaraz zejść z tego świata. Okropnie się przestraszyłam, ale coś tam położne powiedziały, że to zaraz minie- i faktycznie po minucie ustało. Ale to co przeżyłam to moje!!!! Dopiero później dowiedziałam się, że to prawdopodobnie było na skutek wstrzyknięcia oksytocyny (to moja teoria, wiem tylko, że koleżanka obok też czuła tak samo), tak sobie skojarzyłam później, że położna pytała Pani Doktor czy już wstrzykiwać i wtedy to się zaczęło dziać:) No cóż, mogli mnie uprzedzić wcześniej to bym inaczej do tego podeszła. Zszyto mnie, przeniesiono na stół i zawieziono do sali :)
A co było potem to napiszę jutro albo pojutrze, bo za długo by było:P Jak coś to omińcie połowę :D
Buźki
no i jak? Mały daje się wyspać? Cieszę się ze poszło tak bezstresowo i szybko:) a jak się czujesz po cesarce? boli cięcie??
OdpowiedzUsuńMały budzi się średnio co 2,5 godziny więc ciężko na razie z wysypianiem się, zwłaszcza, że jest na mleku modyfikowanym, które trzeba na bieżąco przygotowywać.
UsuńA ja się czuję dobrze,cięcie nie boli, ciężko mi tylko napiąć mięśnie np. podnieść się z łóżka. Najgorsze było dla mnie obkurczanie się macicy, które trwało 2 dni po CC,dosyć mocno bolały mnie te skurcze. Ale na szczęście w miarę szybko minęły.
Buziaki
Kameleonka
czemu na mm? nie masz pokarmu?
Usuńnigdzie nie napisalas jakie wymiary mial
ja nie mialam lewatywy :)
ps. macica dalej ci sie obkurcza i tak jeszcze pare tyg :)
Usuńjak ja lubię tak normalnych i wyluzowanych ludzi :)))) zacieszam się teraz do ekranu :P
OdpowiedzUsuńnajważniejsze, że z Wami wszystko okej :****
buźki :***
właśnie dlaczego mm?? a tak na marginesie,czytając relacje z samego cc to tak jakbym swoją czytała :)
OdpowiedzUsuńCzyli wszystko pięknie i książkowo, zazdroszcze:)Przy drugim juz na pewno cc:)
OdpowiedzUsuńGratulacje, maleństwo tak słodkie, że nic tylko przytulać :) Weszłam przypadkowo na bloga ale fajnie tu u Ciebie i będę zaglądać częściej :)
OdpowiedzUsuńhttp://ankidwie.blogspot.com/
Dziękuję i zapraszam ;)
UsuńKameleonka
Czytając bloga mam wrażenie, że cię znam od dawna:) Eh, nawet się nie przywitałam. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że czasem tu wpadnę?
OdpowiedzUsuńJasne, że nie :) będzie mi bardzo miło ;) Na Twojego bloga również zerknęłam ;)
UsuńPozdrawiam,
Kameleonka