Zachodzę się do tego posta już drugi raz. Ostatnio się naprodukowałam, naprodukowałam, naprodukowałam i co? Komputer się zawiesił, a post się nie zapisał. Fuck!!! Szlag mnie trafił, zatrzasnęłam z hukiem laptopa i poszłam napić się piwa :P I dlatego tyle czekacie :D To tak tytułem wstępu ;)
U mnie jak wspominałam wcześniej ogromne zmiany życiowe- zacznę od początku ;)
Wszystko zaczęło się w ostatni czwartek wakacji. Skończyłam pracę jak zwykle o 15, wróciłam do domu, ogarnęłam się i zabrałam Młodego na spacer do Babci, która mieszka 15 minut pieszo od nas. No i sobie siedzę, trajkotam, piję kawę, a tu nagle dzwoni telefon. Patrzę na wyświetlacz - p. dyrektor. Od razu w głowie tysiąc myśli, że może czegoś nie zrobiłam, coś przeoczyłam, o czymś zapomniałam. P. dyrektor zapytała się mnie jakie mam dokładnie kwalifikacje i przeszła do sedna z zapytaniem czy chciałabym podjąć pracę u nas w szkole, bo pani, która miała wziąć pierwszą klasę dostała ofertę w innej szkole bliżej jej miejsca zamieszkania i rezygnuje z posady. Ja w szoku, z trudem się opanowując powiedziałam, że bardzo bym chciała i jestem wdzięczna za to, że oferuje pracę właśnie mnie i na tym zakończyła się rozmowa. Poszłam do babci i się poryczałam ze szczęścia ;) Cała się trzęsłam i z tej euforii i ze strachu jak to będzie. No, ale wiadomo, że choćby "skały srały" nie mogłam przepuścić takiej okazji :P Teraz z perspektywy czasu (minął już przecież cały wrzesień i połowa października) wiem, że dobrze zrobiłam, a odczuję to dopiero w listopadzie, bo jestem na razie na innych zasadach. Wiadomo, szkoła w połowie publiczna w połowie nie, więc żeby nie być stratnym ustalono ze mną, że owszem umowę podpiszemy, ale po zakończeniu stażu, czyli w listopadzie a na dzień dzisiejszy będę kontynuować staż z UP z tym, że będę miała rozszerzone obowiązki o uczenie i prowadzenie dokumentacji. A tym samym szkoła ma za darmo pracownika przez wrzesień i październik- sprytne nie??? Kasa kasą, ale najbardziej mnie wkurzają godziny pracy, bo normalnie kończę najpóźniej o 12.35 (środa-9.40, pon.11.40 :P) a tu muszę siedzieć do 15, bo oficjalnie jestem na tym pieprzonym stażu. Dlatego piszę, że pracę nauczyciela odczuję dopiero w listopadzie jak normalnie będę pracować te 18 godzin tygodniowo :)) Pomijając ten fakt- jestem CHOLERNIE szczęśliwa, bo po pierwsze mam 5 minut rowerkiem do miejsca pracy, po drugie, szybko będę wracać do domu, do synka, no i jeśli się sprawdzę to po trzecie -mam pracę aż do emerytury lub na ten czas kiedy szkoła będzie funkcjonować (dzieci coraz mniej to i likwidacja szkoły jest realna- w końcu to wieś). Trafiło mi się "jak ślepej kurze ziarno" :) Jakaś miła odmiana w tym roku, po kiepskim jego początku.
Stabilniejsza sytuacja finansowa skłania nas do tego, aby i K. coś odmienił w swoim życiu i w końcu bez oporu założył tę działalność. Przecież z mojej wypłaty stać nas będzie na ten ZUS w momentach kryzysowych. No i tu z kolei dupa blada, bo trzeba dwóch poręczycieli do dotacji, a my mamy tylko jednego, nikt nie ma dochodów netto powyżej 1500 zł, nawet jeśli ktoś zarabia więcej to umowa na najniższą krajową. Teście mogliby, ale jak dzisiaj teściowej zagaiłam, że brakuje nam jednego poręczyciela to ona wprost zaczęła nawijać, żę K. sobie nie poradzi, że trzeba mieć głowę na karku itd. Ja do niej, że nie od razu "Kraków zbudowano" i spokojnie po roku można zamknąć działalność jak nie będzie szło i ryzyko jest żadne, bo i ZUS na razie niski- suma summarum, że warto spróbować, bo jak tego nie spróbujemy to do niczego nie dojdziemy w życiu, a w tym jednym pokoju mieszkać całe życie nie zmierzamy. I sobie poszłam w jedną stronę, a ona w drugą. No i mnie wkurw wziął, bo chore to jest, że własna matka (K. matka-nie moja) podcina skrzydła!!!! Nie mogę tego zrozumieć, zamiast poprzeć i pocieszyć, że człowiek jak nie spróbuje to nie zobaczy to od razu zakładać, że będzie źle:/ No i szukamy dalej, mamy czas do końca miesiąca. Środki w UP są, bo nawet smsy wysyłają z informacją, żeby składać wnioski. Jakby K. miał działalność, która by prosperowała jako tako a ja umowę na stałe to kredyt byłby tylko formalnością, a co za tym idzie doczekalibyśmy się tej naszej upragnionej góry, a tu "masz babo placek"- własna matka rujnuje nasze marzenia. Może się znajdzie jakaś duszyczka co poratuje, szukamy dalej, a czasu coraz mniej.
Pasowałoby coś o Kubusiu napisać, ale to już temat na osobną notkę. Za miesiąc Smyk kończy 2 latka i nawet nie wiem kiedy to zleciało. Przekochany jest, strasznie broi i robi na złość :P Ale o nim innym razem, bo i tak tego dużo wyszło.Gratuluję tym, co doszli do tego zdania i się nie zanudzili.
Grunt, że u nas coś się dzieje, byle tak dalej pozytywnie, a może wtedy uznam, że po fatalnym początku roku, jego końcówka będzie dla nas udana?? :) Mam nadzieję.