poniedziałek, 23 listopada 2015

No to tak w skrócie, bo z komórki źle mi się pisze. Jutro zasiade do laptopa to się więcej rozpisze.  Maleństwo ma się dobrze, widziałam jak się wierci i jak mu lub jej serduszko bije:)) Zakochałam się od pierwszego wejrzenia;) Pani gin powiedziała, że antybiotyk nie powinien mieć negatywnego wpływu na dziecko,  owszem jest kilka rodzajów, które są niebezpieczne w ciąży,  ale raczej to nie ten co ja brałam. Na dzień dzisiejszy nie widzi nic niepokojącego i mam się nie martwić na zapas. Usg polowkowe na rozwiać wszystkie moje obawy, wtedy będzie dokładnie widać jak narządy się rozwinęły. Skoro mówi ze wszystko OK to nie będę się nakrecac niepotrzebnie :) No i najważniejsze: moje Szczęście ma 10 tygodni :)) Da się na zdjęciu rozróżnić już głowę, brzuszek, rączki i nóżki, machalo nimi we wszystkie strony;) Wyszliśmy z mężem szczęśliwi z tej wizyty.  Pierwszy raz tak NAPRAWDĘ szczęśliwi, bo wreszcie ta ciąża zrobiła się taka bliska,  taka nasza:) Do tego szykują się zmiany, pytaliśmy o kredyt i okazało się ze zdolność kredytową mamy większą niż chcemy wziąć kredyt. Ale wszystko zależy od teściów a u nich decyzje zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale o tym jutro.
Dziewczyny(Anewiz i Ania), dziękuję Wam za wsparcie, gdyby nie Wy nie byłoby sensu nic pisać, bo nikt tu by nie zaglądał, ani się nie odezwał. Kochane jesteście :*
Za kilka godzin mam wizytę u gina. Trzymajcie kciuki, żebym usłyszała słowa,  że Maleństwo rozwija się prawidłowo.
Pa

niedziela, 8 listopada 2015

Komentarz  chyba jest zbędny. Jestem w szoku, bo dopiero dwie godziny temu się dowiedziałam. Okazało się, że poprzedni test po prostu zalałam i wynik wyszedł nieprawidłowy.

Zrobiliśmy prezent Kubusiowi, który wczoraj skończył 3 latka :)

środa, 4 listopada 2015

No  Dziewczyny otrząsnęłam się już z tego wszystkiego i myślę, że mogę Wam napisać jak życie mi przed oczami "przeleciało". Ale od początku. Pisałam już jak wylądowałam z antybiotykiem i L4 w domu. Wszystko super do momentu aż wzięłam pierwszą tabletkę. Już mi coś nie pasowało, bo czułam metaliczny, gorzki smak i musiałam cały czas popijać czymś intensywnym w smaku albo żuć gumę. Poczytałam ulotkę- pisało jak byk w skutkach ubocznych, to co poczułam plus jeszcze zaburzenia smaku. Jak pisze to OK, zaakceptowałam ten stan rzeczy i jadłam go dalej okrutnie się z tą goryczą mordując. Dwa dni później zaczął mnie "rypać" żołądek, celowo nie piszę bolał, bo to było takie dziwne uczucie, tak "jakby coś mi ciężkiego na nim leżało". Zadzwoniłam do rodzinnej i opowiedziałam jej o wszystkim prosząc czy by się nie dało zmniejszyć dawki, bo coś czuję że mi szkodzi na żołądek. Wcześniej czytałam ulotkę i było napisane, że dawka to 250 mg a przy ostrych infekcjach 500. Ja od razu dostałam 500 mimo, że jakaś ciężko chora nie byłam. Dodam jeszcze, że to był mój pierwszy antybiotyk w życiu, chyba, że byłam mała i nie pamiętam, żeby mama mi dawała. P. doktor odpowiedziała, że dawka jest dostosowana do wieku dorosłego i mam przyjść za dwa dni na kontrolę to porozmawiamy. Nadszedł dzień, którego nie zapomnę do końca życia. Wstałam na rzeczoną kontrolę, wzięłam o 10 antybiotyk i zaczęłam się szykować. Jakoś po pół godzinie mówię do teściowej, że czuję jakbym miała nogi "z waty" i nie wiem czy rowerem się doczołgam do ośrodka. Minęły kolejne minuty, a mi było coraz gorzej, czułam się słabo i nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wyszłam na zewnątrz, żeby mnie owiało zimnym powietrzem, a tu jeszcze gorzej. Jakimś cudem doczołgałam się do łóżka i wtedy serce zaczęło mi tak kołatać, że po zmierzeniu ciśnienia nie dość, że było wysokie to jeszcze tętno pokazało 120 uderzeń na minutę. Roztrzęsło mnie, zrobiło mi się zimno i czułam, że chyba odlecę. Zadzwoniliśmy po moją ciocię, bo mąż był w pracy, żeby mnie zawiozła do Ośrodka Zdrowia. W między czasie okazało się, że rodzinna jest na wizycie domowej. Dla mnie przejście kilka kroków było jak wejście na Mount Everest, co się ruszyłam to czułam, że serce mi wybuchnie w klatce piersiowej, takie kołatanie miałam. No masakra!! Ciocia przyjechała, zawiozła mnie jakoś do Ośrodka Zdrowia, doktorka wróciła z wizyty domowej, zrobiła mi EKG i chciała mnie od razu na kardiologii położyć. Miałam wrażenie, że wszyscy lekceważą moją teorię, że dostałam za silną dawkę antybiotyku i mnie "ścięło z nóg". Doktorka upierała się, że zawsze jak u niej byłam to miałam podwyższone EKG, owszem, miałam, ale zawsze byłam po wysiłku związanym z dojechaniem na miejsce rowerem. Na szpital się nie zgodziłam, bo już myślami byłam w pracy, jak dyrektor zareaguje na kolejne L4. No i stanęło na tym, że rodzinna umówiła mnie na PRYWATNĄ wizytę u kardiologa (za którą zapłaciłam 100 zł) na ten sam dzień późnym popołudniem. Na kołatanie NIC nie dostałam i wyobraźcie sobie jak się mordowałam przez kolejne godziny z tłukącym się sercem w piersi.Teraz tak w skrócie: kardiolog zrobiła mi echo serca, na szczęście okazało się, że serce nie jest uszkodzone i nie ma żadnych szmerów. Dostałam tabletki zwalniające akcję serca i mam je brać jak na razie na stałe. Mam pić krople walerianowe i melisę. Jestem póki co uziemiona z lekarstwami. Dopiero teraz doszłam do siebie jeżeli chodzi o siły, ale serce mnie dalej boli i coś mnie czasem uciska w klatce piersiowej. No, koszmar. Zrobiłam sobie wszystkie badania, morfologia, cukier, cholesterol, elektrolity, tarczyca- wszystko w normie. Teoretycznie jestem zdrowa, ale psychicznie towarzyszy mi lęk czy to kołatanie nie zdarzy mi się w najmniej nieoczekiwanym momencie :( Zawsze mam tabletki przy sobie. To uczucie jest okropne. Niby funkcjonuję normalnie, chodzę do pracy, ale zawsze mam "z tyłu głowy" czy mi się to ZNOWU nie zdarzy- w sklepie, kościele, na spacerze z dzieckiem, no wszędzie. Psychika ludzka jest skomplikowana i nie do ogarnięcia.  Niby sobie tłumaczę, że minęło już ponad dwa tygodnie, a kołatanie zdarzyło mi się tylko raz i to wtedy jak dzień wcześniej zapomniałam wziąć tabletki. Ogólnie się pilnuję więc nie ma takiej możliwości, żeby coś mi się działo. No ale... Kolejna wizyta 13 listopada, ale raczej tabletki zostaną ze mną na stałe. Najgorsze jest to, że doktor nie potwierdziła, że to może być od antybiotyku, ale ja znam swój organizm i wiem, że nigdy nie miałam takich "akcji", więc pytam się skąd się to wzięło? Mam swoją teorię- że to antybiotyk "zwalił mnie z nóg". Ale co ja tam wiem...... :/ Skutki tego odczuwam do dziś: boli mnie żołądek, ostatnio przed kościołem zjadłam sernika i popiłam kawą na pusty żołądek i wylądowałam na kibelku "głową w dół", jestem jeszcze słaba i szybko się męczę, a co mnie najbardziej martwi to zaburzył mi się cykl i okres spóźnia mi się już 3 tygodnie. Pewnie każdej z Was nasuwa się myśl: może Kameleonko jesteś w ciąży? Otóż muszę Was rozczarować, nie, nie jestem, parę dni temu robiłam test i wyszła jedna kreska, więc ciąża wykluczona. Nie pozostaje mi nic innego niż zwalić całą winę na ten cholerny antybiotyk. Tylko teraz pozostaje pytanie: czy mam czekać jeszcze tydzień (bo wtedy mam dostać kolejny okres według moich obliczeń) czy iść do ginekologa, żeby mi go sztucznie wywołał? Ech...